Henryk Szkutnik


Ur. w 1950 roku w Lubartowie. Matura w PLSP w Lublinie w 1969 roku. Studia na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Dyplom magisterski w 1976 roku ze specjalnością malarstwa sztalugowego. W latach 1976-1985 pracował w zamojskim PLSP jako nauczyciel przedmiotów artystycznych. Od 1990 pracuje w Muzeum Zamojskim w Zamościu.

Twórczość artystyczna w dziedzinie malarstwa sztalugowego. Swoje prace prezentował na kilkunastu wystawach indywidualnych i kilkudziesięciu zbiorowych.


Lechosław Lameński

„Rzeczywistość” w obrazach Henryka Szkutnika

Po raz pierwszy z obrazami Henryka zetknąłem się na przełomie 1988/1989 roku. Co prawda nie mieszkałem już wtedy w Zamościu (w 1985 roku przeprowadziłem się bowiem do Lublina), nie mniej dopiero wówczas, głównie dzięki mojej nie żyjącej już obecnie żonie Ewie, zacząłem się tak naprawdę kolegować i zwracać uwagę na artystów ze środowiska zamojskiego, w którym spędziłem przecież blisko dziesięć lat. W efekcie, bardzo szybko, jakby z chęci nadrobienia straconego czasu, zaprzyjaźniłem się z Winicjuszem Borowskim, Markiem Rzeźniakiem, Markiem Sołowiejem, Markiem Terleckim, Jerzym Tyburskim i naturalnie z Henrykiem Szkutnikiem. Nic więc dziwnego, że wkrótce potem, napisałem o nich kilka – chyba całkiem niezłych – tekstów, w tym o malarstwie Henryka.
Ale było to już dwadzieścia pięć lat temu [sic!]. Na łamach bliskiego mi kwartalnika literacko-artystycznego „Akcent” [1991, nr 4(46)] zamieściłem artykuł pt.: „Kolorowe jarmarki” Henryka Szkutnika, w ramach którego spróbowałem zmierzyć się z magią jego bardzo osobistego malarstwa, wkraczającego z rozmachem i przytupem na salony wystawowe. Na jego zakończenie napisałem wówczas, że „duża dekoracyjność płócien, które jednocześnie urzekają, atakują, a czasami także irytują grą agresywnych barw stosowanych przez artystę z dużą dowolnością, niezależnie od natury (będącej ciągle podstawowym źródłem inspiracji), chociaż zawsze w symbiozie z atmosferą i nastrojem danej kompozycji, są silnym atutem malarstwa Szkutnika”.
Zaledwie trzy lata później – w 1994 roku - przyszło mi napisać jeszcze raz o jego twórczości, do katalogu wystawy indywidualnej w salach zamojskiego Biura Wystaw Artystycznych, której wernisaż należy uznać – z perspektywy czasu – za duże wydarzenie w ówczesnym życiu artystycznym miasta. Później niestety nasze drogi rozeszły się, chyba z mojej winy, bo nie lubiłem zaglądać do Zamościa. Nie śledziłem więc na bieżąco co dzieje się z Henrykiem i jego malowaniem, chociaż nie zapominałem o nim, aż do dzisiaj, kiedy wpadłem na chwilę do miasta wielkiego hetmana. Dowiedziałem się wówczas – ku memu zdziwieniu - że na jesieni br., ten ciągle - moim zdaniem - młody, chociaż o przyprószonych piękną siwizną włosach i ujmującym uśmiechu, pasującym do jego spokojnego, nie rzucającego się w oczy sposobu bycia, będzie obchodził rzadki jubileusz czterdziestolecia pracy twórczej [sic!]. Fakt ten zmobilizował mnie do napisania niniejszego eseju, który niech będzie podziękowaniem – w imieniu nas wszystkich znających jego twórczość - za formalnie proste, a zarazem pełne życia, humoru i niewyszukanego dowcipu oraz orgiastycznych barw i ekspresji obrazy, sprawiające radość wszystkim tym, którzy je oglądają. Ale przecież nie zawsze tak było. Henryk (rocznik 1950), urodzony w Lubartowie ukończył Wydział Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu w 1976 roku. O ile wszyscy znani mi artyści pochodzący z Lubelszczyzny, wybierając Toruń na miejsce swoich studiów, specjalizowali się w grafice, to Henryk – chyba jako jedyny – zrobił dyplom z malarstwa, w pracowni Bronisława Kierzkowskiego. Artysty zdecydowanie nowoczesnego, znanego przede wszystkim jako autora kompozycji strukturalnych i reliefowych, twórcy, który z jednej strony, był uczniem legendy polskiej sztuki awangardowej - Władysława Strzemińskiego, a z drugiej, dwóch rasowych kolorystów: Juliusza Studnickiego i Eugeniusza Eibischa. Henryk, jakby na przekór swemu profesorowi oraz jego wielkim nauczycielom, rozpoczął własną, samodzielną twórczość od malowania prostych, niekiedy zgeometryzowanych, z wysoko podniesioną linią horyzontu, nieskomplikowanych pejzaży, utrzymanych z reguły w wąskiej, stonowanej gamie kolorystycznej ocierającej się wcale nie tak rzadko wręcz o monochromatyzm. Ale już wówczas sposób ich kadrowania, zapowiadał artystę o dobrym, spostrzegawczym oku, który usuwał z płaszczyzny obrazów niepotrzebne detale i szczegóły. Były to najczęściej pejzaże z okolic Komarowa na Zamojszczyźnie, kojarzonego z wielką zwycięską bitwą kawaleryjską wojsk polskich z konnicą Budionnego w 1920 roku, dokąd przywiodła go miłość do przyszłej żony, koleżanki ze studiów. W każdym bądź razie lata 1976-1985 to okres kiedy Henryk podjął pracę w PLSP w Zamościu, gdzie osiadł na stałe. Praca dydaktyczna z którą radził sobie całkiem dobrze, chyba jednak nie była jego powołaniem, a na dodatek wyraźnie przeszkadzała mu w malowaniu. Przede wszystkim miał zbyt mało czasu dla siebie i swojej wymagającej sztuki.
Sytuacja uległa diametralnej zmianie w 1986 roku kiedy Henryk zrezygnował ze stałego etatu w PLSP, i po kilku latach funkcjonowania jako tzw. wolny strzelec, został zatrudniony – w 1990 roku - jako fotograf dokumentalista w Muzeum Okręgowym w Zamościu, w którym pracuje do dzisiejszego dnia. Bardzo szybko zaczął fotografować nie tylko eksponaty muzealne, ale także otaczającą go rzeczywistość, wykorzystując następnie co ciekawsze kadry jako punkt wyjścia, inspirację do namalowania obrazu. Fotografie zaczęły bowiem zastępować mu wstępny szkic koncepcyjny. Od tej chwili, płótna opuszczające jego pracownię reprezentują całkowicie inną konwencję malarską, tak jakby dopiero po upływie dziesięciu lat od ukończenia uczelni, Henryk wykreował własny – charakterystyczny tylko dla niego - sposób wypowiedzi plastycznej, dojrzał do dzielenia się swoją wrażliwością na świat, w którym przyszło mu żyć wraz z innymi. W dużej mierze są to kompozycje figuralne, związane z życiem wsi zamojskiej, a właściwie z pełnymi gwaru, tłumu ludzi i zwierząt cotygodniowymi jarmarkami, ale także tym co dzieje się ciekawego na co dzień i od święta w mieście wielkiego hetmana, nieformalnym cyklem pejzaży z opuszczonymi i zniszczonymi przez czas i ludzi cerkiewkami na wschodnich rubieżach regionu, czy też wreszcie bajecznie kolorowe płótna z różnego rodzaju stadami ptaków, wypełniającymi dekoracyjne całą płaszczyznę obrazu. Niezależnie od tego czy powstały dwadzieścia, dziesięć lub zaledwie kilka lat temu, sprawiają wrażenie malowanych prima vista, od pierwszego uderzenia pędzla o płótno. Tymczasem obrazy te, ze względu na spokojną i refleksyjną naturę Henryka, powstawały – i powstają w dalszym ciągu – powoli, z trwającym dłuższy okres czasu namysłem i skupieniem, ponieważ – wbrew pozorom – nie ma w nich nic przypadkowego. Każdy z obrazów to starannie przemyślana i zakomponowana całość, której celem jest sprawianie radości innym, a także chęć dzielenia się z nimi własnymi przemyśleniami, jako komentarzem do zastanej rzeczywistości. Rzeczywistości, na którą artysta patrzy z wyczuwalnym dystansem, ale i z przymrużeniem oka, nierzadko pojawia się także nuta ironii (autoironi) i zadumy.
Bodaj najważniejsze miejsce w malarstwie Henryka zajmuje cykl „Kolorowe jarmarki”. Zainicjowany w latach osiemdziesiątych XX wieku, liczący już kilkadziesiąt płócien, utrzymany w formule otwartej, ciągle powiększa się o nowe kompozycje, które opowiadają o świecie pozornie oczywistym, ale przecież fascynującym nie tylko dla ich twórcy. Jednym z najważniejszych elementów rzucających się w oczy podczas oglądania poszczególnych płócien cyklu, to sposób w jaki Henryk komponuje ich „realistyczną treść”, bo jest to – co do tego nie mam wątpliwości – malarstwo zdecydowanie tematyczne i przedstawiające, żeby nie powiedzieć wprost figuratywne, balansujące jednak na pograniczu świata realnego z „rzeczywistością” wykreowaną w dużej mierze w chłonnej wyobraźni artysty. Wydaje się, że bardzo pomocny jest mu w tym obiektyw aparatu fotograficznego. Tak jak niegdyś niektórzy z impresjonistów (zwłaszcza Edgar Degas), rejestrowali na kliszy ulotny element trudno uchwytnego ruchu, aby go następnie móc spokojnie namalować, tak nasz bohater fotografuje różnego rodzaju sytuacje mające miejsce w trakcie jarmarków, zwłaszcza w czasie sprzedaży lub kupna zwierząt gospodarskich (koni, krów czy świniaków). Następnie, w zaciszu pracowni wybiera z nich te, które pasują mu do koncepcji obrazu. Artysta lubi plany bliskie, en face, niemal na dotyk dłoni. Bardzo często anonimowi bohaterzy jego obrazów w kufajkach i gumiakach, zdają się rozpychać, wychodzić poza ich ramy. Henryk nie boi się odważnie przecinać i ucinać ich spracowanych i świadomie zdeformowanych (uogólnionych) ciał, zwłaszcza rąk, nóg, a niekiedy nawet głów, prostą linią ramy obrazu. W efekcie, patrząc na nie widz, odnosi wrażenie oglądania okolicznościowego reportażu telewizyjnego, w którym dominuje element ruchu wszędobylskiej kamery i autentycznego przypadku. Dzięki temu poszczególne płótna zachowują świeżość spojrzenia ich autora, są naturalne, a zarazem dowcipne. Nie tylko przez umiejętne „opowiedzenie” takiej czy innej historyjki, ale także poprzez dodanie odpowiedniego tytułu. Z reguły literackiego, wykorzystującego niekiedy elementy lokalnej gwary, który znakomicie dopełnia i uzupełnia warstwę plastyczną obrazu, podsuwając widzowi, sposób jego interpretacji. Równie ważnym, jeżeli nie ważniejszym elementem w obrazach Henryka Szkutnika jest ich warstwa formalna, sposób w jaki artysta je maluje. Na tym polu zachowuje się on jak zwolennik klasycznego ekspresjonizmu z pierwszych lat XX wieku, zwłaszcza chyba jednak jako przedstawiciel ruchu „Neue Wilde”. Ruchu zainicjowanego pod koniec lat 70. XX wieku w krajach niemieckojęzycznych, w opozycji przede wszystkim do Minimal Artu i sztuki konceptualnej, którego przedstawiciele malowali swoje wyraziste obrazy w jasnych, intensywnych kolorach, szybkimi i szerokimi pociągnięciami pędzla. Bez wątpienia obrazy Henryka sprawiają wrażenie malowanych – jak już wspomniałem wczesnej – wrażeniowo i w trakcie jednego posiedzenia (seansu). Tym co rzuca się w oczy widzowi jest ich wyczuwalna szkicowość, która czyni obrazy bardzo naturalnymi. Artysta nie boi się stosować kreski położonej prima vista o różnej grubości i dukcie, oddzielającej zdecydowanie postacie lub ich fragmenty od tła, czy pojedyncze sylwetki zwierząt od innych. Dynamizm kreski, będącej jednym z najważniejszych elementów kompozycji, zresztą kreski malowanej nie zawsze przy użyciu klasycznej czerni, a więc nie monochromatycznej, podkreślają żywe i ekspresyjne kolory, zarówno w jasnej jak i ciemnej tonacji, wypełniające wnętrza postaci, zwierząt i tła, kładzione zarówno bardzo szkicowo, można by rzec, że wręcz niechlujnie, jak i całkowicie gładko oraz płasko, plakatowo.
Z ciekawego artykułu Izabeli Winiewicz-Cybulskiej, zamojskiego historyka sztuki i krytyka: Henryk Szkutnik – Człowiek znany…, zamieszczonego w „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym” (2013, nr 2), możemy się dowiedzieć, że artyście rzeczywiście bliska jest twórczość ekspresjonistów niemieckich, zwłaszcza Maxa Beckmanna, chociaż jego malarstwo nie jest na szczęcie tak katastroficzne. Mimo wszystko świat w obrazach Henryka Szkutnika, jest pokazywany w zdecydowanie bardziej refleksyjny sposób i z wyczuwalnym dystansem, to świat o niebo pogodniejszy od groźnej i ponurej rzeczywistości z obrazów niemieckiego artysty, któremu przyszło jednak tworzyć w trudnych czasach nazistowskich. Jeżeli natomiast chodzi o współczesnych artystów polskich z którymi zamojski twórca poczuwa się do powinowactwa duchowo-stylistycznego, Izabela Winiewicz-Cybulska wymienia trafnie – jak sądzę - dwóch: Wiesława Obrzydowskiego (rocznik 1938) i Edwarda Dwurnika (rocznik 1943). Bez wątpienia sporo w tym racji, chociaż – jak to z reguły bywa – jeżeli byśmy powiesili ich obrazy tuż obok siebie, to wówczas okazałoby się, że mimo pozorów podobieństwa, każdy z nich jest jednak diametralnie inny. Zarówno bowiem Obrzydowski, Dwurnik jak i Szkutnik, mają do przekazania swoim widzom coś własnego, osobistego, charakterystycznego wyłącznie dla każdego z nich.
Osobną, równie ciekawą grupę w dorobku malarskim Henryka Szkutnika, obok kilkudziesięciu płócien z cyklu „Kolorowe jarmarki”, stanowią obrazy, których jedynymi bohaterami uczynił artysta stare zabytkowe cerkiewki, które spotykał – i nadal spotyka - na trasie swoich wędrówek po pięknej ziemi zamojskiej. Malowane najczęściej pastelami, w przeciwieństwie do pozostałych obrazów powstających głównie z wykorzystaniem farb olejnych. Zdecydowanie najbardziej baśniowe, pokazujące – w sposób syntetyczny, bez niepotrzebnych detali i szczegółów - piękno ich drewnianej architektury, która mimo wieloletnich zaniedbań i świadomej polityki państwa, zmierzającej do całkowitej destrukcji, ciągle istnieje i trwa na przekór wszystkim przeciwnościom. Z reguły na tle umownie potraktowanego pejzażu, w którym na próżno szukać śladów ludzkiej cywilizacji, wyłania się z reguły samotna cerkiew z wyniosłą kopułą (lub kopułami), stojąca na szczycie wzgórza, w zagłębieniu terenu, czy też w kępie drzew, a nawet sprawiająca wrażenie zawieszonej, frunącej majestatycznie - wbrew prawom natury - tuż nad ziemią, niemy świadek wielokulturowości tej części dawnej Drugiej Rzeczypospolitej. Szalenie wysmakowane kolorystycznie, pełne zadumy i nostalgii za światem, który niestety odszedł raz na zawsze.
Ostatnie kilkanaście lat w dorobku Henryka Szkutnika, to także cały szereg obrazów, których tematem przewodnim są ptaki, potraktowane bardzo dekoracyjnie, żeby nie powiedzieć wprost wzorzyście. Z reguły na całkowicie płaskim tle, utrzymanym w jednym – wręcz pulsującym – kolorze (zwłaszcza intensywnym błękicie i oranżu), artysta maluje w sposób syntetyczny i sumaryczny – chyba jedna z najważniejszych cech jego malarstwa w ogóle – dziesiątki sylwetek większych i mniejszych skrzydlatych przyjaciół (sikorek, wron i kruków), ale także bocianów czy dostojnych – chociaż pojawiających się na płaszczyźnie obrazu pojedynczo – smukłych i zastygłych w wyszukanym ruchu czapli.
Ale ptaki, podobnie zresztą jak i inne żywe stworzenia (zwłaszcza psy i koty, chociaż nie brakuje groźnie wyglądających watah głodnych wilków), pojawiają się także wyjątkowo tłumnie na obrazach, gdzie tło to nie tylko płasko położony kolor, ale również fragmenty późnorenesansowej zabudowy starego Zamościa, fragmenty lasu, czy plaża – zapewne - w niedalekim Krasnobrodzie, pełne uproszczonych sylwetek ludzi. Ludzi, którzy spacerują po mieście, robią zakupy, oglądają piękne zabytkowe kamieniczki, odpoczywają na piasku plaży czy też pływają. Henryk Szkutnik patrzy na ten tłum anonimowych ludzi z pozycji bacznego obserwatora, nie pozbawionego jednak zarówno poczucia humoru jak i ironicznego (refleksyjnego) stosunku do nich i ich zachowań. Dwadzieścia pięć lat po napisaniu pierwszego eseju o Henryku Szkutniku, mam wrażenie, że artysta nie tylko stał się twórcą zdecydowanie rozpoznawalnym, zarówno na lokalnym, lubelsko-zamojskim rynku sztuki, jak i w Polsce (chociaż martwi mnie, że wystawia stanowczo za mało, co wynika – jak się wydaje – z jego skromności i dużego samokrytycyzmu), a mimo upływającego nieubłaganie czasu – właśnie skończył 66 lat - jego malarstwo cechuje nieustająco ogromna, wręcz młodzieńcza świeżość i autentyczność, a zarazem radość życia, wzbogacona o trafnie dobrane wątki o charakterze refleksyjnym.
Niech tak już pozostanie na zawsze.



Lechosław Lameński

"Reality" in the paintings of Henryk Szkutnik

I encountered Henryk's paintings for the first time during the winter of 1988-89. Although I did not live in Zamość any more (I lived there for ten years before moving to Lublin in 1985), I began to really meet and pay attention to its artists mainly due to my late wife Ewa. As a result, as if from a desire to make up for lost time, I became friends with Winiciusz Borowski, Marek Rzeźniak, Marek Sołowiej, Marek Terlecki, Jerzy Tyburski and naturally also with Henryk Szkutnik. It is not surprising that soon after that I wrote some texts about them - probably quite good ones - including a text about Henryk's paintings.
But that was already twenty-five years ago. In the pages of the literary and artistic quarterly "Akcent" [1991, No. 4 (46)] I posted an article entitled: "The Colourful Fairs" of Henryk Szkutnik, in which I tried to deal with the magic of his very personal painting, which was starting to take off in the galleries. At the end of the article I wrote then that "the large decorative canvases that both captivate, attack and sometimes even annoy with the collection of violent colours used by the artist with a great deal of freedom, regardless of nature (which is still the primary source of his inspiration), although always in symbiosis with the atmosphere and the mood of the composition, are a strong asset of Szkutnik's painting".
Just three years later - in 1994 – I wrote about his work again, this time in the catalogue for his individual exhibition in the halls of Zamość Art Exhibitions Bureau, the opening of which should be considered - in retrospect - a big event in the contemporary artistic life of the city. After that, unfortunately our paths diverged, probably it was my fault because I did not like to pay visits to Zamość. So I did not follow what was happening to Henryk and his work, although I did not forget about him, until today, when I came briefly to the city of the Great Hetman Jan Zamoyski. I learned then - to my surprise - that in the autumn of this year, that still - in my opinion - the young man, although with beautiful gray hair and an engaging smile, matching his quiet, not conspicuous way of being, will celebrate a rare fortieth anniversary of creative work [sic!]. This has mobilised me to write this essay, which let it show my gratitude - on behalf of all of us who know his work - as formally simple, yet full of life, humour and homely wit and orgiastic colours and expressive images, is causing joy to all those who get the chance to experience it.
But it was not always so. Henryk, born in Lubartów in 1950, graduated from the Faculty of Fine Arts at the Nicolaus Copernicus University in Toruń in 1976. From all the artists that I know coming from Lublin who have chosen Toruń as the place of their studies specialized in graphics, Henryk is perhaps the only one who did a diploma in painting in the studio of Bronisław Kierzkowski. The decidedly-modern artist, known primarily as the author of the structural and relief compositions, who, on one hand, was a disciple of the legend of Polish avant-garde art - Władysław Strzemiński, and on the other, the two genuine colourists: Juliusz Studnicki and Eugeniusz Eibisch. Henryk, as if against his professor and his great teachers, started his own independent creation from painting simple, sometimes geometrical, uncomplicated landscapes with a high horizon, held usually in a narrow, soft palette of colours not far even from monochromatism. But already then his manner of composition showed that he was an artist with a good, observant eye, who removed unnecessary details from the plane of the image. His paintings were usually landscapes surrounding the village of Komarów in the Zamość region, famous because of the Polish army's great victorious cavalry battle against Budionny Bolshevik cavalry units in 1920, where he was brought by love for his future wife, who he met during his university years. From 1976 to 1985 Henryk took a job in the High School of Fine Arts in Zamość, where he settled permanently. Although he performed well working as a teacher it probably was not his passion, and in addition clearly distracted him from painting. This meant that he had too little time for himself and his demanding art.
The situation changed dramatically in 1986 when Henryk resigned his tenure in the High School of Fine Arts, and after a few years of operating as a so-called freelancer, he was hired in 1990 as a documentary photographer in the Regional Museum in Zamość, where he is employed to this day. Very soon he began to photograph not only the museum exhibits, but also the surrounding environment whe he found a lot of inspiration for his work. He began to use photographs as his start point instead of a sketch. From that moment the canvases leaving his studio represent a completely different convention of painting, as if after ten years of following conventions Henryk broke out and created his own style of artistic expression. He had matured sufficiently to be able to capture and share his sensitivity to the world in which he lived with others. To a large extent these are figural compositions related to rural life in the Zamość region. They vary from bustling weekly fairs, crowded with people and animals,to interesting events in the city of the Great Hetman, as well as an informal series of landscapes with orthodox churches on the eastern fringe of the region, destroyed by time and people, and finally fabulously colourful canvases of different kinds of flocks of birds, filling the entire plane decoratively. Whether they were created twenty, ten, or just a few years ago, they have the air of being painted spontaneously. However, these images, because of the calm and reflective nature of Henryk, were being created - and are still being created - slowly, with thoughtfulness and concentration, because - despite their appearances - there is nothing accidental about them. Each image is carefully thought out and composed as a whole, the aim of which is to give joy to others, and willingness to share with them his own thoughts as a comment on reality. A reality, whic the artist looks at with not only a perceptible distance, but also sometimes with a wink, due to a note of irony (self-irony) and pre-meditation.
Perhaps the most important paintings of Henryk make up the series "The Colourful Fairs." Launched in the eighties and expanding still, already composed of several dozen paintings, it tells the story of a world seemingly obvious, but still fascinating. One of the most important eye-catching elements when viewing individual canvases of the cycle, is how Henryk composes their "realistic content", because they are - there's no doubt in my mind - strongly thematic paintings balancing on the border between the real world and the "reality" created largely in the absorbent artist's imagination. It seems that the camera lens is very helpful to him to achieve it. Just as once some of the Impressionists (especially Edgar Degas) recorded on film the elusive elements of difficult to capture movements to be able to quietly paint them later, so our protagonist photographs all kinds of situations that occurred during the fairs, especially during the sale or purchase of livestock (horses, cows or pigs). Then, in the comfort of the studio he selects from them those that fit into his concept for the painting. The artist likes the perspective to be shallow, almost touching his hand. Very often the anonymous protagonists of his paintings, in donkey jackets and rubber boots, seem to go beyond their frames. Henryk is not afraid to boldly cut off their weary and deliberately deformed (generalized) bodies, especially the arms, legs, and sometimes even heads with a straight line of the picture frame. As a result the viewer has the impression of watching a random television report, dominated by the element of ubiquitous camera movement and complete chance. Thanks to that the individual canvases naturally retain the freshness of view of the author as well as being witty. Not only by skilful "telling" of this or that story, but also by adding the appropriate title. The titles often have a literary feeling, sometimes using elements of the local dialect, which perfectly complements and completes the artistic layer of the painting suggesting to the viewer the way of its interpretation.
An equally important, if not even more so, element in the paintings of Henryk Szkutnik is their formal layer, the way in which the artist paints them. In this way he behaves not only in the sąme way as the painters of classical expressionism from the start of the twentieth century, but perhaps especially also as a representative of the "Neue Wilde" movement. The movement began in the late 1970s in German-speaking countries, mainly in opposition to minimalism and conceptual art, whose representatives painted their clear images in bright, vivid colours, with quick and broad strokes. No doubt the images of Henryk seem painted - as I mentioned earlier – sensually and spontaneously. What is striking to the viewer is their perceptible sketchiness, which makes the paintings very natural. The artist is not afraid to use brush strokes situated at the first sight, of varying thickness, separating definitely the characters or their fragments from the background, or single silhouettes of animals from others. Dynamism of the brush, one of the most important elements of composition,as well as strokes painted not only using classic black, highlight the vibrant and expressive colours, both bright and dark tones, filling the interior of characters, animals and background.
From an interesting article of the Zamość art historian and critic Isabella Winiewicz- Cybulska,: „Henryk Szkutnik - The man known ... „ published in "Zamojski kwartalnik kulturalny" (2013, No. 2), we find that the artist is actually close to the work of German expressionists, especially Max Beckmann, though his painting is fortunately not so catastrophic. In spite of everything, the world in the paintings of Henryk Szkutnik is shown in a much more reflective manner and with a perceptible distance, the world of the sky bright rather than menacing and grim reality of the paintings by the German artists who worked during the difficult Nazi era. However, when it comes to contemporary Polish artists with whom the Zamość creator feels a spiritually-stylistic affinity, Izabela Winiewicz-Cybulska mentions accurately - I think - two: Wiesław Obrzydowski (born 1938) and Edward Dwurnik (born 1943). No doubt there is a lot of truth in it, though - as usually happens - if we hung their paintings next to each other, then it would appear that despite their similarities they are radically different. Obrzydowski, Dwurnik and also Szkutnik have to deliver to their viewers something of their own, personal, characteristic only for each of them.
Another, equally interesting group in the artistic back catalogue of Henryk Szkutnik, next to dozens of canvases from the series "The Colourful Fairs", are the images whose only protagonists are old historic orthodox churches, which he encounters on the route of his travels around the beautiful land of the Zamość region. They are usually painted in pastels, in contrast to the rest of the images produced mainly using oil paints. By far the most fabulous, showing - in a synthetic way - the beauty of wooden architecture, which still exists despite not only years of neglect, a deliberate state policy aimed at its total destruction and countless adversities. As a rule his style consists of a conventionally treated landscape, on which it is fruitless to look for traces of human civilization, where a usually lonely church with a lofty dome (or domes) emerges, standing on top of a hill, in a hollow or in a clump of trees, even giving the appearance of being suspended and flying majestically - contrary to the laws of nature - just above the ground, a silent witness of the multiculturalism which existed in that part of the former Second Republic of Poland. They use extremely sophisticated colours, and are full of reverie and contain nostalgia for a world that is, unfortunately, gone forever.
The most recent achievement of Henryk Szkutnik is a whole series of paintings whose main theme is birds. Birds treated very decoratively rather than outright figuratively. As a rule, on a completely flat background, kept in one - almost pulsating - colour (especially an intense blue or orange), the artist paints in a concise manner - probably one of the most important features of his painting in general - dozens of profiles of both large and small winged friends. They range from not only tits, crows and ravens, but also storks and distinguished - even appearing on the image plane individually - slender and sophisticated frozen-in-motion herons.
But the birds, just like other living creatures (especially dogs and cats, although there is no shortage of menacingly looking packs of hungry wolves) also appear extremely numerously in images where the background it is not only a flat situated colour, but also fragments of late Renaissance buildings from the old Zamość, fragments of a forest or a beach - probably - in the nearby Krasnobród full of simplified silhouettes of people. People who are walking around the city, shopping, regarding beautiful old houses, resting on the sandy beaches or swimming. Henryk Szkutnik looks at the crowd of anonymous people from the position of an attentive observer, but not devoid of both humour and an ironic and reflective attitude to them and their behaviour.
Twenty-five years after writing my first essay about Henryk Szkutnik I have the impression that the artist has not only become a well-recognized artist, both at the local, Lublin-Zamość art market, but also in Poland (although it worries me that because of his modesty and self criticism he exhibits far too little), and despite the passing of inexorable time – he just turned 66 years old - his paintings are characterized by a constantly enormous, almost youthful freshness and authenticity, and also the joy of life, enriched with aptly chosen threads with a reflexive character.
May it stay forever that way.

Translated by Jacek Szkutnik, Dominic Luther